Corsept, czyli chyba mam gefyrofobię.

In Travel by blondynkaLeave a Comment

Mimo, że opuszczając Le Mans nie pałałam chęcią do wyjazdu, to grafik był bardzo sztywny i w okolicach południa z powrotem znaleźliśmy się w trasie na południowy zachód. Zaopatrzona w obrzydliwą kawę ze stacji benzynowej ruszyłam w stronę oceanu, mając nadzieję, że zbierające się ciemne chmury w końcu ustąpią i nie czeka mnie pierwszy deszczowy dzień.

Wyjazd w niedzielę wiązał się z brakiem możliwości zrobienia jakichkolwiek zakupów, a na celebrowanie śniadania w restauracji niestety nie było czasu. W związku z tym musiałam zadowolić się hot-dogiem ze stacji benzynowej, który był.. przedziwny. Pani, która oczywiście konsekwentnie odmawiała prób porozumienia się w jakimkolwiek innym języku niż francuski, odkroiła kawał bagietki i wydrążyła ją specjalnym bolcem. Następnie wsadziła w środek dwie ogromne kiełbaski i jako że poprosiłam o „petit peu” ketchupu, to kapnęła mi w środek kroplę wielkości naszej groszówki. W konsekwencji hot-dog był suchy i średnio smaczny, ale miał jedną ogromną zaletę- był.

Droga do Corsept była prosta, nudna i pofałdowana. Jak na rollercoasterze- dół, góra, dół, góra.. Trzy ulewy, dwa McDonaldy i 250 km dalej- dojechaliśmy do Saint-Naizire– miejsca, w którym mieliśmy zarezerwowany hotel. Emocje miały zacząć się chwilę później..

corsept10

Saint-Naizire z Corsept łączy 3,5km most nad Loarą. Na mapie nie wygląda źle- most jak most. Ale, że patrząc na mapę często zapomina się o skali, to zarówno ja jak i moja agorafobia zaklęłyśmy głośno jak tylko most zaczął majaczyć na horyzoncie. Po jego zbudowaniu w 1975r przez kilka lat był najdłuższym mostem we Francji, a także jednym z najdłuższych mostów wantowych na świecie. Po prostu cudnie. Jak to przejechać? Z zamkniętymi oczami?

corsept

Na szczęście- prowadząc samochód można skupić się na drodze dokładnie przed sobą i nie trzeba oglądać się na boki. A po przejechaniu przez most okazuje się, że nie było wcale AŻ TAK strasznie, a przynajmniej znajdujemy się na drugim brzegu. Warto będąc tam wyjść na chwilę z samochodu i obejrzeć niemniej niepokojący eksponat na brzegu.

corsept70

Jeszcze słówko o francuskich festiwalach muzycznych. Są- co tu dużo pisać- przepiękne. Zarówno Cabaret Vert, jak i Covre Feu miały fantastyczną oprawę graficzną. W Charleville niedaleko sceny wyrastały ogromne, kilkumetrowe świetlne kwiaty, a okoliczne budynki przez czas trwania festiwalu zdobione były przez mapping. Couvre Feu natomiast wyglądało jakby był to festiwal cyrkowy, a nie muzyczny. Wielkie, kolorowe namioty wyglądały po prostu bajecznie. Jeśli dodać do tego fantastyczne koncerty, przesympatycznych ludzi i spotkanie na backstage z ulubionym zespołem- mogę spokojnie uznać, że był to jeden z najlepszych festiwali na jakich byłam w życiu.

corsept couvre feu

 

blondynkaCorsept, czyli chyba mam gefyrofobię.