O tym jak (prawie) nie dojechałam do Genewy

In Travel by blondynkaLeave a Comment

Wbrew pozorom, jeśli chodzi o wyjazdy, to jestem bardzo, BARDZO zorganizowana i zapobiegliwa. Analizuję większość możliwych scenariuszy, pakuję się jak na inwazję zombie (zajmując przy tym niewiele przestrzeni) i mam plan co najmniej B. Czasem i C. Ale na Boga ciężkiego- nikt nie jest przygotowany na plan H, prawda?

 

To nie jest tak, że nic nie zapowiadało „wesołej” wycieczki. Lampka ostrzegawcza powinna zapalić mi się na samym początku. Jako, że okazało się, że musimy zabrać ze sobą dodatkowo psa (sporych rozmiarów), to wyjazd Maleństwem nie był najlepszym pomysłem. Jeden dorosły? Spoko. Dwoje? No problem. Plus ośmiolatka? Damy radę. Dorosły dalmatyńczyk? No way. Laguna wciąż na wakacjach w warsztacie, więc ratowaliśmy się „najlepszym” samochodem na świecie- Zafirą

Miałam o tym samochodzie złe mniemanie już wcześniej. Jest tragiczny. Ale nie sądziłam, że jest AŻ TAK beznadziejny, jakim okazał się podczas tych kilku dni. Ale nie wybiegajmy.

Plan był prosty- poranny wyjazd z Bydgoszczy, szybka wizyta w poznańskim Alior Banku, żeby kupić franki, potem ciągniemy aż do Miluzy- tam mieliśmy być w poniedziałek wieczorem i następnego dnia z samego rana- jechać do Genewy. Co się mogło spieprzyć?

nawi1

1. Poznań

Ok, może to po części moja wina. Mogłam sprawdzić, że Alior wycofał sprzedaż franka (choć jeszcze w wakacje kupowałam u nich). Ale to, że w ŻADNYM z pięciu kantorów nie było szwajcarskiej waluty? No tak szczerze- mogłam to przewidzieć? No właśnie..

Z Poznania wyjechaliśmy trzy godziny później niż zamierzałam. Spoko, odrobimy w Niemczech.

2. Rzepin

Płacąc za A2 zrobiło się ciepło. Dosłownie i w przenośni. Kiedy podjechałam pod bramki, okazało się, że spod maski wydobywa się dym. Sporo dymu. Tak dużo, że kiedy zjeżdżałam na pobocze, to z dwóch stojących tam samochodów wylecieli ludzie z gaśnicami. Po szybkiej ewakuacji i podniesieniu maski okazało się, że silnik się.. pali. Tak, nie przesadzam. Płonie ognisko i szumią knieje, dawajcie kiełbaski. Radosny płomień skakał po osłonie silnika.

Po ugaszeniu sytuacji i zdobyciu numeru do najbliższego mechanika, pozostało tylko czekać. Okazało się, że walnęła uszczelka w korku do wlewu oleju i zaczął się on wydostawać na zewnątrz- a tam się zapalił. Pan mechanik po wstępnej telefonicznej diagnozie stwierdził, że „ten typ tak ma” i „macie pecha, bo wczoraj sprzedałem taki ostatni korek”.

Po kilku godzinach oczekiwania udało się zdobyć odpowiednie uszczelki, czy co tam założył. Przetestował auto i powiedział, że spoko- można jechać. No jak można, to można.

3. Fürstenwalde

Po przejechaniu granicy trzeba było zatankować. Czy wspominałam już, że nasze cudo techniki było nie tylko furmanką, ale i kuchenką gazową? Na pierwszych dwóch stacjach nie znaleźliśmy tego niesamowitego źródła energii, więc kiedy na trzeciej udało się znaleźć- ulżyło nam. Miało być dobrze.

A takiego. Okazało się, że na niemieckich stacjach co prawda można zatankować LPG, ale mają jakieś inne końcówki do wlewu. Potem okazało się, że na niektórych stacjach są dwa rodzaje, ale na tej konkretnej- była inna niż potrzebowaliśmy. To przelało czarę goryczy.

Była noc- późna noc. Miałam o tej porze być już w Miluzie, a nie ledwo pod granicą. Jedyna rzecz, na jaką miałam ochotę, to wsiąść do samochodu i wrócić do domu. A następnego dnia kupić jakiś obrzydliwie drogi lot i oszczędzić sobie tego wszystkiego.

Załamanie nerwowe kosztowało mnie jakieś kolejne 45 minut. Minęło, kiedy w pobliskim McDonalds wypiłam dużą kawę, a jedyna osoba, która zachowała zdrowe zmysły zdobyła adapter do wlewu paliwa.

Wdrożyliśmy plan B. Zamiast spać w Miluzie, jedziemy prosto do Genewy- tam będziemy rano, prześpimy się po podróży i zostaniemy dzień dłużej. W tym- nic nie mogło nam przeszkodzić.

4. Norymberga

Błysk fotoradaru. Kilka ograniczeń pod rząd. 100, 80, 100, 120, 100. Walnęło jak nie wyhamowałam ze 120 do 100. Przyślą, nie przyślą?

5. Genewa.

Dojechaliśmy o 11 rano. 15 minut po tym jak minęliśmy znaczek „Genewa” jakiś Szwajcar w Passacie wjechał nam w tyłek.

blondynkaO tym jak (prawie) nie dojechałam do Genewy