Dziwne, (nie)hiszpańskie miasto

In Travel by blondynkaLeave a Comment

Znacie miasto, w którym muzea plują ogniem, a drogi budował miłośnik spaghetti? Miasto, tak odrębne od reszty kraju, że posługuje się własnym językiem, a język urzędowy jest używany tylko z konieczności? Miasto, w którym próba zapłacenia banknotem oficjalnie dopuszczonym do obrotu kończy się paniką całego personelu?

Witajcie w Bilbao.

Znacie tą historię o tym jak powstał plan metra moskiewskiego? Inżynierowie przynieśli Stalinowi plany do akceptacji, a ten postawił na nich kubek z kawą. Inżynierowie wzięli to za oficjalną poprawkę i wybudowali dodatkową linię. W Bilbao było podobnie, ale z drogami. W tym wielopoziomowym mieście drogowcy mieli problemy z narysowaniem rozsądnej drogi przelotowej łączącej wszystkie osiedla, więc pracując podczas lunchu wrzucili po prostu porcję spaghetti na mapę i przyklepali.

Sprawia to, że garmin głupieje, a każdy zły zjazd kończy się koniecznością nadłożenia 10km. Jeśli dołożyć do tego godzinę, o której dojechaliśmy do miasta- grubo po północy i zmęczenie podróżą- wychodzi na to, że cudem należy nazwać to, że do hotelu dojechaliśmy po zaledwie godzinnym błądzeniu. To tak, jakby wygrać na loterii!

bilbo3

Bilbao (albo jak mówią miejscowi- Bilbo) to hiszpańskie miasto, które Hiszpanii nienawidzi czystą nienawiścią. Mają swój język, swoją flagę, swoją gospodarkę. Przez cały tydzień ani razu nie widziałam hiszpańskiej flagi, a ulice obwieszone są proporczykami i symbolami Basków. Na nic nie przydaje się szybka nauka hiszpańskiego przed wyjazdem. Okazuje się, że wejście to sarrera, a nie entrada, a małe barowe przekąski to pintxos, a nie tapas. Ta odrębność ma jedno, bardzo dobre oblicze- w Bilbao w ogóle nie czuć tego głośnego, hiszpańskiego kryzysu.

Ulice tętnią życiem, w knajpkach trudno o wolne miejsce, a ludzie nie wyglądają na udręczonych brakiem pracy. Nic dziwnego- w Hiszpanii bezrobocie sięga 26%, a w kraju Basków- 10%. Będąc więc w Bilbao tak naprawdę nie poczujemy tej „prawdziwej” Hiszpanii. Niemniej- ta część, którą zobaczymy jest fantastyczna. Bilbo to fantastyczne, kulturalne miasto, które daje się w sobie rozkochać.

Pierwszego dnia ambitnie wybrałam się samochodem do centrum miasta, co szybko okazało się błędem. Po pierwsze- strasznie trudno dojechać tymi małymi, krętymi drogami do celu. Po drugie- w mieście są cztery strefy parkingowe- niebieska, żółta, zielona i biała- z czego jak łatwo się domyśleć- najmniej jest tych, na których można parkować (białych). Po czwarte- parkingi publiczne podziemne oczywiście są, ale łatwo doprowadzają do bankructwa jeśli zamierzamy spędzić cały dzień. No i po piąte- Bilbao jest fantastycznie skomunikowane zarówno tramwajami, autobusami (BilboBUS- pokochałam nazwę!) , metrem jak i kolejką miejską.

bilbo1

Centrum miasta można podzielić na dwie części- historyczną- ciasno zabudowaną, pełną małych knajpek i zabytkowych budynków, oraz nowoczesne centrum miasta- z zadbanym parkiem, muzeami i deptakami z restauracjami i sklepami. Co ciekawe- mimo, że nocą życie nie zamiera i można spędzać czas w przytulnych barach, to komunikacja miejsca w nocy w ciągu tygodnia nie istnieje. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z dworcem zamkniętym na głucho łańcuchami.

O kulturze, rozrywce i wypoczynku- będzie następnym razem, bo trudno w tych kilku akapitach streścić tydzień pobytu w tak dużym, barwnym mieście. Ale już teraz mogę wam napisać- jeśli chcecie zobaczyć miasto, które jednym muzeum zmieniło gospodarkę miasta, a ludzie- mimo iż z hiszpańskim paszportem, to z Hiszpanami nie mają dużo wspólnego- obierajcie cel na Bilbao!

blondynkaDziwne, (nie)hiszpańskie miasto