Przepraszam, czy jesteśmy w Belgii?

In Travel by blondynkaLeave a Comment

Nawigacja miała do wypełnienia łatwe zadanie- wyznaczyć trasę z Zurychu do Charleville-Mezieres unikając tras płatnych i za kryterium obierając najkrótszy czas przejazdu. 540km, 7 godzin? Może być, jedziemy!

Po fantastycznych niemieckich autostradach i zdyscyplinowanych szwajcarskich kierowcach, przekroczenie granicy francuskiej było jak strzał w twarz. Dobre drogi? Nieeee… Dobrzy kierowcy? Nieeee… To znaczy- w porównaniu kultury na drodze do Polski- nie było aż tak tragicznie, ale szok wywołany spędzeniem ostatnich dni w Niemczech i Szwajcarii sprawił, że trzeba było wyłączyć autopilota i zacząć solidnie rozglądać się na drodze.

A co tak właściwie było nie tak? Kilka rzeczy:

– Francuzi na autostradzie są mistrzami lewego pasa.
Ale tylko podczas jazdy po prostej drodze. Jeśli próbujesz się włączyć do jazdy ze ślimaka bądź stacji benzynowej- nagle wszyscy przypominają sobie o tym, że jeździ się prawym pasem i na lewym się tylko wyprzedza. Ani jedna osoba nie wykazała odrobiny dobrej woli zjeżdżając na lewy pas i wpuszczając włączających się. Ani jedna.

– „Bezpieczna odległość? Nigdy o tym nie słyszałem.”
Wzdłuż drogi ustawione są znaki informujące jaka odległość od poprzedniego pojazdu jest dobra. Obrazkowo. Jedna linia- źle, dwie linie- dobrze. Jak w przedszkolu. Niestety informacje nie przynoszą większych efektów, bo Francuz nie widzi nic złego we wpieprzeniu się przed kogoś przy prędkości 130km/h. Że niby musisz zahamować? No cóż- merde.

– Mają spory problem z migaczami.
Na plus należy zaliczyć im, że się starają- próbują używać kierunkowskazów, tylko niezbyt im to wychodzi. Jazda z non-stop migającym lewym migaczem nawet na prawym pasie nie jest rzadkim widokiem. Jak się im macha, kiwa i pokazuje- to nie mają pojęcia o co chodzi.

– Jest noc- są długie.
Światła oczywiście. Nie zrzucają drogowych dopóki nie zbliżysz się do nich na odległość 100-200 metrów. Że niby wyłączyć światła, bo widzę, że ktoś jest za zakrętem? A po co?

Po dwóch dniach można się do tego przyzwyczaić, ale pierwszy szok był spory. Jechałam pierwsze kilometry rozglądając się jak tchórzofretka- prawo, lewo, wsteczne, boczne, przód. Wyluzowałam po godzinie.

peugeotcitroen

Ciekawą sprawą są marki samochodów wybierane przez Francuzów. Słyszy się oczywiście, że są patriotami i królują francuskie auta, ale nie sądziłam, że skala jest aż tak duża. Na 10 mijanych samochodów- 6 to Peugeoty, 2 Renault, 1 Citroen i jeden innej marki. Moje Maleństwo było wśród swoich.

Dojeżdżając do Charleville, w pewnym momencie zauważyłam, że zmieniły się znaki. Jakiś taki lekko inny kształt. Przejeżdżaliśmy akurat przez wioski, których nie mogłam odnaleźć na mapie, a ułomnością mojego GPSa jest to, że słabo pokazuje gdzie aktualnie jestem. Myślę, że na długo zostanę tematem miesiąca w pewnej wiosce, gdzie stanęłam i zapytałam grupki młodych chłopaków gdzie jesteśmy. Usłyszałam, że w Belgii. W Belgii?? Przysięgam, że nie mam pojęcia jakim cudem minęłam granicę i nie zdałam sobie z tego sprawy.

Do Charleville dotarliśmy wieczorem. Zdążyliśmy zameldować się w hotelu, przebrać i polecieć na Eco Cabaret Vert Festival– czyli to, co było kolejnym celem naszej podróży. Fantastyczny festiwal, na którym spędziłam czas w towarzystwie najmilszych Francuzek jakie w życiu poznałam. Nawet jeśli ten odcinek trasy nie należy do moich ulubionych, to warto było tłuc się przez 4 kraje (po drodze zahaczyliśmy jednym kołem o Niemcy). Północna Francja może nie umie jeździć, ale zdecydowanie wiedzą jak się bawić!

cabaret vert

blondynkaPrzepraszam, czy jesteśmy w Belgii?