Samochód dla właściciela labradora. Albo czterech.

In Cars by blondynkaLeave a Comment

Wiecie co się mówi o Alfach? Że trzeba mieć dwie- jedną jeździsz, a druga stoi w warsztacie. Jeszcze lepsza jazda jest z francuskimi samochodami. Mam dwa. Jedno stoi w warsztacie, drugie się zepsuło. Przydałoby się trzecie. Najlepiej niemieckie.

Maleństwo się zepsuło i pokrzyżowało mi plany weekendowe. Teraz wszyscy jednym głosem powinniście zakrzyknąć „Peugeot się zepsuł? NIEMOŻLIWE!„. A jednak- pewnego pięknego dnia postanowił nie odpalać, a czasu na sprawdzenie najbardziej podstawowej rzeczy, czyli akumulatora- nie było. Rezerwacja w hotelu czekała, a ja nie zamierzałam jej odpuścić. Laguna stoi w warsztacie. Trzeba było pożyczyć auto. A jedyne pod ręką, to duży, pojemy i wygodny minivan. Opel Zafira.

Musiałam gdzieś wewnątrz czuć, że to zły pomysł. No musiałam. W końcu niemożliwym jest, żeby moja kobieca intuicja aż tak mnie zawiodła i zwiodła na manowce. A jednak. Na kilka godzin wylądowałam w najgorszym samochodzie, w jakim miałam możliwość siedzieć. I mimo wrodzonej skłonności do dramatyzmu- tym razem wcale nie przesadzam.

Nie jestem specjalnie księżniczkowata, serio. Moim pierwszym studenckim samochodem była Corsa B z 1993r. Toporna, wolna i „przepiękna”. Zjeździliśmy nią spory kawał Europy w szoku, że nie rozleciała się po drodze. Bestia była tak pakowna, że raz przeprowadziła mnie z Gdańska pod Bydgoszcz, a potem spod Bydgoszczy do miasta. Kochałam ją i  płakałam w momencie, kiedy została rozbita po raz trzeci i okazało się, że nie warto jej już naprawiać i poszła pod młotek za cenę felg. Dlatego też sądziłam, że z Zafirą nie będzie aż tak tragicznie. OKROPNY BŁĄD.

Ten Opel był o jakieś 15 lat młodszy od naszej Corsy. Nie wiem czy zadziałał mechanizm idealizowania przeszłości, czy Zafira jest po prostu aż tak koszmarna, że wydaje się milion razy gorsza.

Nie chodzi mi nawet o to, że fotel był tak wysoko, że nie sięgałam stopami do podłogi i poczułam się jak w podstawówce.

Nie chodzi też o to, że korzystanie ze skrzyni biegów przypomina mieszanie wykałaczką we wiadrze.

Nie chodzi o to, że przyspiesza wolniej niż rower wodny kierowany przez jednonogiego.

Nie chodzi o to, że gniazdo zapalniczki zepsuło się w kilka minut po rozpoczęciu używania.

To znaczy- jasne, to też jest ważne. Ale zbierając to w całość i dokładając fatalną jakość wykończenia, okropną przyczepność i niesamowicie twarde zawieszenie- otrzymujemy coś, co nigdy nie powinno opuścić fabryki. W jakim chorym umyśle powstało to auto?

Niby duże, a niewygodne. Niby niewielki silnik, a pali niczym nałogowiec po dwudziestu latach. Niby nie aż tak obrzydliwy, a wyglądałam w nim jak w dostawczaku.

Wiecie, co w tym wszystkim jest najciekawsze? To, kto zazwyczaj siedzi w Zafirze. Jedna osoba. Dziadek w kapeluszu. True story. Sami sprawdźcie. W tych wielkich, nieporęcznych samochodach jeździ tylko jedna osoba z koszmarnym przerostem ego.

Kim powinien więc być przeciętny użytkownik Zafiry? Weźmy to na logikę. Widzę trzy osoby, które mogłyby stwierdzić, że Zafira jest genialnym wyborem.

1. Przedsiębiorca, który każdego dnia musi się zatowarować i przewieźć koszmarne ilości produktów.

2. Inwestor budujący swój dom i przewożący co tydzień kilogramy gipsu i cegieł.

3. Właściciel czterech labradorów.

Masz cztery psy? Jeśli nie- zapomnij o tym aucie i kup sobie porządny kabriolet. 

blondynkaSamochód dla właściciela labradora. Albo czterech.