Nie taka rolka straszna, czyli jak popsuć sobie całkiem ładne auto.

In Cars by blondynka3 Comments

Nie lubię tego całego roztrząsania „co trzeba było zrobić”, bo kiedy się to analizuje siedząc z herbatką w fotelu, to perspektywa jest nieco inna niż w rozbitym samochodzie, w którym rozważasz wykopanie szyby żeby wyjść, bo drzwi się nie otwierają. Zupełnie inna..

Taka ładna była, pachnąca..

Zaliczyliśmy swój debiut w cross country na Baja Drawsko. Debiut był dość spektakularny, bo sporo osób zapamięta niską blondynkę z Dacia Duster Elf Cup jako tą, co jeden OS ukończyła na golutkiej feldze, a podczas drugiego straciła przednią szybę..

Plan na prolog był absolutnie minimalny – dojechać. Autem wcześniej zrobiłam raptem 150 km, niespecjalnie jeszcze się rozumieliśmy, opis traasy był robiony na zapoznaniu na pieszo (czego nie lubię). Dlatego postanowiliśmy pojechać spokojnie, na tyle, żeby dojechać. To był nasz absolutny debiut, więc nie oczekiwaliśmy cudów. I bardzo dobrze, bo po pierwszym zakręcie okazało się, że notatki można wywalić za okno, a rola pilota sprowadziła się do pokazywania mi palcem zakrętów. Jeśli dodamy do tego fakt, iż w szarudze widzę raczej mniej niż więcej – 6 miejsce było bardziej niż satysfakcjonujące. Wieczorem rozmawiając z pilotem powiedziałam mu, że nie do końca czuję auto i że tak naprawdę zacznę je czuć pewnie w momencie, kiedy je rozbiję, bo wtedy poznam granicę. Tja..

Ukończyliśmy prolog! Debiut zaliczony!

Następnego dnia czekały nas dwa OSy – 130 i 80 km. I od rana prześladował nas pech, który połączony z brakiem doświadczenia doprowadził do końca, którego nie zakładaliśmy :/ Zaczęło się 2km po starcie, który był taki sam jak start do prologu. Był to nasz pierwszy kontakt z opisem z roadbooka, a nie tradycyjnym rajdowym, dlatego kiedy nagle z naprzeciwka śmignęły nam dwie rajdówki – nawet nas to specjalnie nie zdziwiło. Okazało się, że oni pojechali źle tak samo jak my i dlatego zawracali. A więc my również. Po powrocie na trasę wydawało się, że zaczęliśmy rozumieć opis, ale po zjeździe  na serwis czekała na nas kara za skrócenie drogi, a więc gdzieś później pogubiliśmy się raz jeszcze..

Roadbook, czyli kolorowanki dla dorosłych.

Po 20 kilometrach od startu straciliśmy moc. 80 km/h i ani odrobinę szybciej. Jakby ktoś założył kaganiec. 30 kilometrów później padła halda, więc odległości ocenialiśmy „na oko”. Najgorsze przyszło 30 kilometrów przed metą. Zdjęliśmy oponę z felgi, co samo w sobie nie było ogromnym problemem. Ale zamiast zwykłego lewarka wzięliśmy eksperymentalnie poduszkę do podnoszenia auta, podłączaną do wydechu. Testowaliśmy to rozwiązanie i wydawało się, że będzie działać. Wydawało się..

Po przyłożeniu końcówki do rury wydechowej, przewód którym miało iść powietrze do poduszki stopił się w 3 sekundy. Okazało się, że testy na zimnym silniku to sobie można wsadzić głęboko, a my zostaliśmy bez podnośnika. Próba naprawienia sprzętu i kombinowanie „co dalej” zajęła nam dobre 15 minut. W końcu zdecydowaliśmy się ukończyć odcinek z kapciem, więc 30 kilometrów do mety pokonaliśmy na gołej feldze, bo opona dość szybko poleciała sobie w pole.

Nasz najlepszy na świecie serwis Hołowczyc Racing poradził sobie ze wszystkimi z usterkami w ciągu godziny. Brak mocy był spowodowany pękniętym przewodem z turbiny (czy coś takiego.. tłumaczyli dokładnie, ale byłam zbyt zaaferowana tym, czy auto będzie sprawne), w haldzie padł jakiś czujnik, koło zmienili, wrzucili zwykły lewarek do bagażnika i … jazda na trzeci OS!

Zaczęliśmy go świetnie. Auto jeździło jak złoto, zaczęliśmy się dogadywać. Pilot w końcu załapał opis i jechało się fenomenalnie. Wyprzedziliśmy jeden samochód, drugi, trzeci.. zaczęliśmy na serio odrabiać stracony czas na drugim odcinku i gonić resztę. W momencie, kiedy wydawało się, że już wszystko będzie dobrze, że nic złego nie może nas spotkać – w ciągu dosłownie 10 sekund wydarzyło się kilka rzeczy – przecięliśmy obie przednie opony, ale mimo, że odczułam uderzenie, to nie sądziłam, że stało się coś złego, bo była seria zakrętów w bardzo kopnym piachu, więc jechaliśmy dość wolno, a heheDuster przeciął je jak brzytwa. Po nich wyszliśmy na prostą, gdzie zaczęłam się rozpędzać, a z opon powoli uchodziło powietrze. Kiedy osiągnęłam prędkość 120km/h opony były już puste, zakołysało nas na maleńkiej dziurze i obróciło nas najpierw o 180 stopni, a potem zrolowaliśmy się co najmniej 2 razy.

Nic, czego nie dałoby się wyklepać 😉

Moją pierwszą myślą było „ej, to wcale nie było takie straszne”. Wyskoczyliśmy z auta sprawdzić obrażenia. Nie były wielkie, auto odpalało, jedynym problemem były flaki na przednich kołach. Lewarek, który mieliśmy okazał się tragiczny – był za niski i nie podniósł Dacii ani na milimetr. Na gołych przednich felgach nie odważyłam się jechać, więc zadzwoniliśmy po nasz serwis.

Chłopaki przyjechali z niepewnymi minami, bo nie wiedzieli czego się spodziewać, ani jak będę reagować. Kiedy wyszli z auta i zobaczyli mnie z napadem śmiechu (najwidoczniej tak właśnie reaguję na stres), od razu się rozluźnili i strzeliliśmy sobie nawet sesję zdjęciową podczas przywracania auta do stanu częściowej używalności.

Uwaga na czołgi? No spoko..

Wnioski? Ojjjjj, sporo.

Trochę dobił nas brak przygotowania i zaufanie, że to co mamy w aucie zadziała na 100%. Gdybyśmy wiedzieli, że jest ryzyko spalenia poduszki to byśmy od razu zorganizowali sobie porządny, duży podnośnik. I to by nam uratowało felgę na drugim OSie.
Kolejna lekcja, to konieczność szanowania opony – nie wiem co z nimi nie tak, ale na 8 załóg poleciało ok. 10 kół, co było bardzo dziwne. Gdybyśmy nie przecięli opon to na tej prostej nie było absolutnie możliwości aby się zrolować.
2 koła w samochodzie – koniecznie. Jeśli byśmy mieli podnośnik i koła, to sprawnie byśmy je zmienili i ukończyli odcinek. A w najgorszym wypadku – przełożyli tył z przodem, żeby flaki mieć za sobą, a nie przed. To dałoby nam możliwość zaliczenia rajdu.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że przez te 40 kilometrów trzeciego OSa heheDuster pokazał, że jest mega maszyną. Trochę odstaje na długich prostych, ale piach tnie jak głupi, nie straszne mu żadne wyboje, po pewnym czasie to, co w roadbooku opisane było jako „z uwagą” w ogóle przestaliśmy rejestrować, bo na Dacii nie robiło to żadnego wrażenia. Przy tych „z podwójną uwagą” trzeba było lekko przyhamować, ale też bez tragedii. Zresztą o tym jaki to samochód świadczą czasy pozostałych zawodników – samych debiutantów w cross country, którzy złoili tyłki o wiele lepszym samochodom kierowanym przez o wiele bardziej doświadczonych kierowców.

Auto się odbuduje, a my staniemy do kolejnego rajdu bogatsi o doświadczenie i lepiej przygotowani. Bo co jak co, ale cross country to zajebista zabawa!

blondynkaNie taka rolka straszna, czyli jak popsuć sobie całkiem ładne auto.